środa, 4 maja 2016

Wspomnienia pierwszego semestru

Brak komentarzy:
Zimowe zajęcia podczas pierwszego semestru. Senna atmosfera wypełniona głosem 老师(lǎoshī)1 i skrobaniem ołówków. Me Gusta karmi pod stołem Pou a ja staram się wytłumaczyć mojemu mózgowi, że to co teraz robimy jest ważne. Niestety jestem na straconej pozycji. Powoli oddalam się na manowce…

Nie minęło wiele czasu od tamtych chwil jednak wydają się teraz czymś niesamowicie odległym. Zapewne  dlatego, że z tamtych wspomnień emanuje spokój i beztroska studenckiego życia. Teraz już coraz mocniej czujemy oddech sesji na karku. Wszyscy wiemy, że sesja to nic innego jak skrót (SESJA). Pełna nazwa brzmi System Eliminacji Studentów Jest Aktywny, więc jest się czego bać.




1nauczyciel

wtorek, 3 maja 2016

Narodziny Alojzego

Brak komentarzy:
11 maja jest organizowany Dzień Chiński na KULu. W związku z tym, każdy rocznik sinologii przygotowuje jakąś atrakcję. Nasz dzielny rok porwał się na taniec smoka.

Zeszłoroczny smok niestety nie przetrwał trudów mieszkania w katedrze, chyba nie najlepiej go traktowano. Domisia, stojąca na czele koła sinologicznego, zleciła nam całkowitą odbudowę/przebudowę naszego dostojnego przyjaciela. Wraz z Kanarkową Matką i A. Beauty ostro się za to wzięłyśmy. Nasze poczynania w tej dziedzinie można zatytułować:" Jak nie robić smoka”.

 Zgromadziłyśmy odpowiednie materiały. Obładowane pudłami wtoczyłyśmy się na 3 piętro GG do siedziby koła sinologicznego. Miejsce to udostępniono nam na czas dziergania smoka.
Przez 3h zginałyśmy druty, poksilinowałyśmy druty, cięłyśmy tekturę i oklejałyśmy wszystko taśmą. Łamałyśmy wieszaki poprzez zginanie, bo nie miałyśmy odpowiednich narzędzi.
Tak oto powstało coś takiego:

Zmęczone i głodne pomalowałyśmy na żółto-czerwono „złotego arbuza” i smocze uszy po czym poczłapałyśmy jeść.

Poobiedni krafting owocował w mnóstwo szarpania i ciągnięcia okraszonego wykrzyknieniami typu:
-Pchaj to do mnie, mocniej!
-Nie w tą dziurę włazi, wyżej!
- To ty pchaj, a ja ciągnę.
-Nie, nie tak, źle!
-yyyeyeeewwrrrr!!!
Wszystko po to aby zamontować druciany szkielet na tekturowej podstawce z kijem.

Po tym wszystkim Kanarkowa Matka została posadzona na krześle. Z kijkiem w łapce, przykryta materiałem nie oglądała świata przez 4h bo dostała funkcję podstawki do głowy. (BTW. To że nic nie widziała nie przeszkadzało nam pytać ją co chwilę o zdanie. Czy lepiej tak czy tak? Jak myślisz jest krzywo? Poprawić to jeszcze?).  

W tym czasie wraz z A. Beauty przyszywałyśmy uszy, oczy, nadawałyśmy jakiś bardziej obiecujący kształt smoczej głowie itp. Generalnie nie opierdalałyśmy się nawet przez chwilę, czas nam płynął szybko. Niestety tylko nam. Kanarkowa matka nudziła się niemiłosiernie pod tą płachtą. To właśnie wtedy nazwała smoka Alojzy stając się tym samym jego matką chrzestną. Jako że pomysł na wykonanie smoka był mój, zostałam mianowana matką, A. Beauty dostała więc rolę ojca. Kanarkowa Matka pilnowała czasu. Z niesamowitą dokładnością i skrupulatnością informowała nas ile już siedzi pod materiałem. Ponadto od czasu do czasu rzucała jakąś anegdotkę o swoim ulubionym austriackim malarzu, tak żeby nam nieco umilić czas.


Wymęczone robotą ale i bardzo usatysfakcjonowane zwinęłyśmy się o 18 do domu.
Oto i efekt 1 dnia pracy, nasza duma Alojzy:

Niestety nie spotkał się on z tak pozytywnym odbiorem jak byśmy tego chciały.
Brat Kanarkowej Matki: To nad tym niby tyle siedziałyście???
Mój 先生(xiānsheng): O! wygląda jak Jar Jar Binks.



Drugiego dnia Kanarkowa Matka z powrotem znalazła się pod płachtą. Podziwiając poksilinę i załamania drutu raczyła nas kolejnymi anegdotkami o austriackim malarzu i jego poczynaniach. Z A. Beauty wesoło doszywałyśmy zęby gdy nagle zdałyśmy sobie sprawę, że Alojzy bardziej przypomina delfina niż smoka…

Wzięłam się  za naprawę tego defektu. Zabrałam się za to w iście krasnoludzki sposób. Złapałam za drut będący czołem/ głową i zaczęłam odginać go do tyłu. A. Beauty zakryła oczy i przerażona wtuliła się w szafę a Kanarkowa Matka, która dalej  nic nie widziała, wydawała  z siebie przytłumione jęki przerażenia. Pomimo grozy jakie wywołały moje poczynania defekt został usunięty. Wróciłyśmy do zszywania i brokatowania. Koło południa wpadł 先生(xiānsheng) i oszlifował nam deski do trzymania Alojzego. Były kwadratowe i ciężkie w obsłudze.


O 18 okrzyknęłyśmy koniec prac.

Głowa była skończona. Zostało tylko zszycie jej z tułowiem. Nasza dwudniowa praca pozostawiła pokój koła sinologicznego okurzony i obrokacony, ale za to z nowym przesłodkim lokatorem. Tylko spójrzcie  na tę mordkę!



  

niedziela, 1 maja 2016

Deszcz a elektryczność

Brak komentarzy:
Na sinologii poznajemy zarówno znaki tradycyjne jak i uproszczone. Prowadzi to do wielu ciekawych odkryć np. jak z tego: 認識 zrobili to:认识 (rènshi znać) albo jaki miało cel zmienienie stronami części znaku w  gòu (wystarczająco). Wersja uproszczona: 够a tu tradycyjna: 夠.

Jednak jak dotąd najciekawszy dla mnie był znak diàn (elektryczność). Wersja uproszczona kojarzy mi się z kontaktem albo gniazdkiem 电. Taki idealny kwadracik i na dokładkę wystaje z niego kabelek. Prawdziwe gniazdko,  a skąd bierzemy elektryczność? Z gniazdka właśnie. Wszystko pięknie pasuje. Natomiast wersja tradycyjna sensu dla mnie nie miała: 電. Deszcz pada na gniazdko? To przecież powoduje zwarcie! Bez sensu.

Jak niektórzy już się domyślają nie uwzględniłam tego, że kiedyś, dawno temu, elektryczność nie była powszechnie dostępna a ludziom się nawet nie śniło, że takie coś jak gniazdka z kabelkami będą istnieć. Na szczęście mamy naszych wykładowców, którzy chętnie poinformują nas o lukach w naszej logice.

Pewnego pięknego dnia 老师 tłumaczyła nam słówka i doszła do diàn.  Powiedziała, że to co zrobili z tym znakiem nie ma żadnego sensu. W duchu przytaknęłam (ten deszcz! No po prostu nonsens!) a ona kontynuowała: 
-Jak mogli zabrać deszcz z elektryczności!

Znowu chcę przytaknąć gdy nagle dotarło do mnie, że ona narzeka na coś zupełnie odwrotnego. Zamieniłam się w słuch (bądź jak mawia moja mama stałam się cała słuchaniem). 老师 rozprawiała dalej:

-Przecież elektryczność bierze się z burzy, bo wtedy są pioruny a one przecież są właśnie elektrycznością. Jak zabrali deszcz z tego znaku to on nie ma teraz sensu. Bo skąd teraz jest ten prąd?!

Faktycznie, nie pomyślałam o tym. Ostatecznie jestem przecież z pokolenia Internetu i absolutnie nie utożsamiam burzy z prądem. Burza to burza a pioruny są piękne i fascynujące. Mogą czasem przestraszyć, ale to tyle.


Rytm pierwszego semestru

Brak komentarzy:
Przedstawiam piosenkę, która towarzyszyła nam przez cały pierwszy semestr niczym soundtrack do naszych studiów. 小 苹果 (xiǎo  píngguǒ) czyli Małe Jabłko jest jedną z tych piosenek, które ogląda się z wielkim WTF na twarzy. Jednak fakt że zaledwie po paru tygodniach nauki byliśmy w stanie wychwycić całe zdanie: 你 是 我 的 小 呀 小 苹果 (nǐ shì wǒ de xiǎo ya xiǎo píngguǒ)  i co więcej je zrozumieć (jesteś moim małym, małym jabłuszkiem) był dla nas czymś niesamowicie wspaniałym. Oto i ona:


Ostrzeżenie: Jeśli podejrzewasz że masz niedostateczną ilość ryżu w żyłach aby ogarnąć odpały Azjatów, lepiej nie oglądaj…







sobota, 30 kwietnia 2016

Pierwszy wpis, czyli jak się zaczęły perypetie młodego sinologa

Brak komentarzy:
Od kiedy usłyszałam, że KUL otwiera sinologię marzyłam aby rozpocząć naukę tego języka. Chiński po prostu mnie fascynował, był w moich oczach czymś zupełnie innym, odbiegającym od schematów. Pomijając fakt że jest to jeden z najtrudniejszych języków na świecie i potrafiąc się nim posługiwać robisz furorę w towarzystwie, to w chińskim nie ma liter tylko znaki, przez wielu nazywane krzakami (no po prostu czad!). Do tego dochodzą nam tony sprawiające, że jeden zlepek dźwięków wypowiedziany w różnych sposób będzie za każdym razem znaczył co innego. No mind blow po prostu J. Na dokładkę Chińczycy mają smoki, lwy, pandy, cesarzy, Mulan i Konfucjusza.

Zgodnie z moim nieokrzesanym charakterem pomyślałam:

- O! Zarąbiście, takiego hardcoru jeszcze nie miałam.

Tak oto rozpoczęłam naukę na I roku sinologii. Niestety po dwóch miesiącach ze względów zdrowotnych musiałam zrezygnować z dalszej中国 (zhōngguó) przygody. Prawdę mówiąc wtedy studia połączone z chorobą dały mi tak mocno w kość, że nawet nie planowałam zaczynać tego wszystkiego od nowa, tak po prostu chciałam to zostawić i już nigdy nie wracać. Wtedy pojawiła się Me Gusta. Na sesji letniej noga jej się powinęła i robiła restart. Napisała do mnie, pomiauczała, pomotywowała i na koniec cisnęła stwierdzeniem:

-No co ty, dasz im się tak pokonać? Choć pokażemy na co nas stać!

It was super effective.



Zarekrutowałam się po raz drugi i jakimś cudem przebrnęłam przez  pierwszy semestr i dotarłam aż tutaj. Teraz już wiem, że te studia to masochizm w czystej postaci ale pokochałam to i już nie umiem żyć inaczej.